Czas w Warszawie

To nie jest zaplanowany wpis. Wpis ten jest efektem niepisania. Niepisanie – zaczynam to słowo nienawidzić.

Czas w Warszawie – czy on istnieje?

Dziesięć minut – tyle czasu planuję spędzić w saunie, przy tym podejściu. Jest gorąco. Powoli zaczyna zalewać mnie pot. Mam wielkie skłonności do pocenia się.

Ziarenka piasku, czy czegoś tam, co to znajduje się w czymś na kształt zamocowanej na ścianie klepsydry, tak jakby nie przesypywały się w dół. Czas zamarł bez ruchu. Czas stanął w miejscu. Czas nie istnieje.

Chciałbym żeby czas w warszawskiej saunie zaczął upływać nieco szybciej. Chcę żeby to się działo, przez piekielny skwar, w którym właśnie przebywam. Nie chcę jednak tego, żeby ten sam czas tak gnał w innych sferach mojego życia.

Nie chcę żeby noc kończyła się tuż po zamknięciu oczu. Nie chcę też, co dnia odliczać każdej mijającej minuty. Nie chcę spędzać w sklepie spożywczym czterdziestu minut. Nie chcę brać prysznica wieczorem przez minut pięć. Nie chcę też stać przy garach przez pół godziny. Czy też nie chcę co dnia gnać jak na złamanie karku w pracy przez osiem godzin. Nie chcę marnować czasu na dojazd do niej.

Nie chcę tego, ale to się dzieje, bo taka już jest Warszawa. Takie już jest to miejsce. Szybkie w codzienności – wlokące się kiedy nie trzeba.

Czas-w-Warszawie-zegary-na-ścianie

Czas w Warszawie się pogubił

Sam czas się tu trochę pogubił, stwierdzam naprędce. W niedoczasie stwierdzam, bo zaraz wybije 22:00 i zaraz trzeba będzie się kłaść spać. A jeszcze przecież tyle jest do zrobienia. Bo i grafikę do tego wpisu trzeba też jakąś znaleźć. I tę, która zasnęła zbyt wcześnie pod kocem trzeba obudzić, by się umyła. I jeszcze trzeba też pozmywać naczynia. Jak i zaplanować jutro.

By biec. Tak właściwie to nie wiadomo dokąd. Wśród grona ludzi nieodpowiedzialnych i problematycznych biec. Tak biec, by oni nie poczuli się gorsi. By poczuli się wartościowi. Tak, żeby niewyolbrzymić ich problemów.

Czas w Warszawie to absurd

Tu nie powinno być zegarków! Żadnych! Tu jest pięć dni pracy i później dwa dni na – co do zasady – nie pracę. Zasadę tak bardzo łamaną. Więc po co nam minuty, sekundy i godziny? Ja się pytam. No po co?, pytanie to mogę co najwyżej teraz powtórzyć. Lecz pytanie to ma charakter retoryczny, więc i nawet nie sil się na odpowiedź. Szkoda na to czasu.

Napisałbym książkę. W końcu może dobrą, ale nie mam kiedy. Nie miałem kiedy. Walczyłem. Walczyłem o siebie, ale i przede wszystkich innych, niewartych tej walki. Don Kichotem nie jestem. Niech wiatrak stoi w spokoju.

Czas w Warszawie – kolejny dzień

Jutro też jest dzień. Ten dzień zaczyna się za lekko ponad dwie godziny. I trwa 24 godziny. To będzie dobry dzień, wierzę w to. Tego dnia wiele się odmieni. Odmieni na lepsze. Ja to wiem. Czuję to. Wszystko się zakoloryzuje się na biało. Wszystko się ułoży.

Nie znoszę Warszawy, ale… ale odpocząłem. Złapałem oddech. W walentynki nie poszedłem do pracy. Posprzątałem w mieszkaniu. Ogarnąłem niedrożny odpływ przy prysznicu. Byłem na siłowni i saunie. Kupiłem kwiaty i kochałem się z dziewczyną. Niby nic wielkiego, ale wszystko to było niczym reset, reset bez którego w tym chorym miejscu można by zwariować.

Więc…? Więc jeszcze tylko grafika, gary, łazienka i po raz kolejny zbyt krótki, pozbawiony odpowiedniej ilości czasu, sen.

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *